Rozdziały

Prolog | I Feniks donosi II Licząc na łut szczęścia III Alea iacta est IV Talavat V Szczęśliwe powroty VI Miłosne uniesienia VII Trochę o czynach i ich konsekwencjach VIII Caradoc Dearborn IX Z małej chmury duży deszcz X Nie igraj z ogniem XI Nie zamykaj oczu XII Rozlane wino |

Muzyka

XII Rozlane wino

- Myśleliście o przyszłości? - Im mniej czasu pozostawało chłopcom do ich egzaminów końcowych, tym częściej to pytanie huczało im w głowach. Zbliżał się czas, by dorosnąć, a oni nie mieli żadnego pomysłu. Ani na siebie, ani na swoje życie, ani na nic innego.
- Chcę się uczyć dalej - mówił Igor, obserwując orła szybującego ponad odległym lasem. - Może wyjadę na kursy. Sam nie wiem. - Bo przecież był ambitny i chciał dobrze skończyć, pomimo, że nie wiedział, jak się do tego zabrać. - Matka chce, żebym postarał się o pracę w Ministerstwie - dodawał zwykle.
Antonin, podążając za wzrokiem przyjaciela, utkwił spojrzenie w majestatycznym ptaku. Drapieżnik krążył coraz niżej i niżej, zapewne upatrzył sobie ofiarę, szarego zająca przemykającego przez wysoką trawę.
- Nie myślałem - mówił. Bo on nie miał matki, która narzuciłaby mu swoje zdanie.
A Victor, kopiąc kamień, który napatoczył mu się po drodze, mówił:
- Spróbuję szczęścia w Faktorii Alchemicznej Jekaterynburga. - Pomimo, że alchemia go nie interesowała, sam ośrodek wydawał się nudny, a miasto leżało tak daleko. Możliwości, Chikachev, ambicja, pamiętaj, co jest najważniejsze. To było pozbawione sensu, życie oczekiwało od niego dużo więcej, niż on kiedykolwiek miał zamiar mu ofiarować.
- Byle jak najdalej stąd - dodał tym razem po chwili milczenia. Jego dwaj przyjaciele, parskając, śmiechem przyznali mu rację; ale był to śmiech sztuczny, wymuszony. Bez dwóch zdań, Durmstrang jawił się im jako ponure miejsce, a mieszcząca się nieopodal wioska - czy raczej pogorzelisko - budziło w nich najokrutniejsze wspomnienia. Ale, mimo to, było im tutaj dobrze i będą za szkołą tęsknić.
Przysiedli na oparciu metalowej ławeczki przy alei prowadzącej do leśnego skweru, gdzie odbywały się zajęcia zielarstwa. Nieopodal, na niskim kamiennym murku otaczającym terytorium szkoły, przysiadło kilka dziewcząt chichoczących w głos. Promienie słońca mieniły się wszystkimi kolorami, odbite w kałużach pozostałych po wczorajszym deszczu. Gdzieniegdzie kwitły wiosenne kwiaty, aksamitne obłoki sunęły leniwie po błękitnym niebie, szarpane delikatnym ciepłym wiatrem. Zima odeszła już na dobre.
- Czy to Arina? - odezwał się Antonin, oczekując, aż Victor rozpali jego papierosa płomieniem migoczącym na końcu różdżki. Młody Chikachev rzucił spojrzenie ku dziewczętom.
Wciąż nie wyglądała zdrowo. Któraś z koleżanek coś do niej szepnęła, a wtedy, przytrzymując dłonią rozwiane wiatrem włosy, obejrzała się za siebie. Pobladła, jej usta się lekko rozchyliły, a oczy - przerażone - zwróciły się wprost ku chłopcom. Zamarła tak i oni zamarli, patrząc na siebie nawzajem. Trwało to sekundę, może pół. Ale zdawało im się, że była to najdłuższa sekunda w całym ich dotychczasowym życiu.
Victor wypuścił z ust kłęb nikotynowego dymu.
- Idziemy? - ze zdecydowaniem uciął nieprzyjemną ciszę, zeskakując na błyszczącą po niedawnym deszczu trawę. Niedopałek po papierosie rzucił na piach alejki, przydeptując, dla stłumienia żaru. - Robi się coraz później - dodał niby od niechcenia. - Musimy wrócić, nim zrobi się ciemno.
Co prawda, uczniowie mieli zakaz odwiedzania Talavatu, ale wyjątkowo niestosownym byłoby ze strony dyrekcji nie zezwolić im odwiedzić grobu ich dawnej przyjaciółki, Sashy. Począwszy od pogrzebu, aż po te cieplejsze, wiosenne, wczesnoletnie dni, do miejsca pochówku dziewczyny co jakiś czas ruszały pielgrzymki uczniów, chcących zapewne nie tyle wspomnieć jej dobre imię, co zwyczajnie rozerwać się dłuższym spacerem, lub po prostu przyjrzeć się płycie nagrobnej, chociażby w tak prozaiczny sposób biorąc udział w tej okrutnej sensacji. Victor, Antonin i Igor wiedzieli, że prędzej, czy później, też będą musieli tam pójść, w innym przypadku mogłoby się to wydać nazbyt podejrzane. A musieli przecież zadbać o wszystko. Wszystko.

Cmentarz przy Talavacie mieścił na niewielkim terenie otoczonym niziutkim kamiennym murkiem. Tutaj pochowano Sashę i innych, którzy zmarli w pożarze, jak od wieków chowano tutaj wszystkich zmarłych mieszkańców wioski. Dziewczynie usypano brzydki grób, bez przepychu, bez śladu porządności - ot kopczyk ziemi z wetkniętą weń płytą pamiątkową. Bez motta, bez dokładniejszych dat, nawet bez ozdób wybitych na zimnym kamieniu.

Sasha Marinina (1958-1977)

Kiedy przed nim stali, Victor kątem oka obserwował dwoje dzieci, układających polne kwiaty pod anonimowym grobem. Rozmawiały tylko ze sobą, chyba nawet nie widziały stojących nieopodal trójki chłopców. Miały takie wielkie, przekrwione oczy. Tak, teraz wiedział to już na pewno, Talavat na zawsze utrwali się w jego wspomnieniach jako miejsce upiorniejsze od snów.
Ojca Sashy położono tuż obok, ale na niego nie patrzyli, to by było podejrzane. Co ich może obchodzić obcy człowiek, przecież nie mogli go znać, nie wolno im było przebywać pod dachem Halabardy.
- Aż mnie przechodzi dreszcz - szepnął Antonin, otrzymując w zamian uwagę towarzyszy. - Czujecie? Ten sam, który towarzyszył lekturze Maszkary z Tandle Street Emily Harris. Czuję się jak bohater jakiejś pieprzonej książki.
Dobiegł ich cichy śmiech dzieciaków, Antonin poczuł na ramieniu dłoń Igora.
- Dość tego! - cała trójka obejrzała się za siebie, kiedy usłyszeli kobiecy krzyk. Nie spodziewali się tutaj towarzystwa, zwłaszcza towarzystwa nauczycieli, a co dopiero samego dyrektora. Stary Kararovich usiłował złapać łokieć rozhisteryzowanej Naretevej, kiedy wspólnie oddalali się od dawnego miejsca pogorzeliska. On w ponurej czarnej szacie, z, jak zwykle, srogim wyrazem na twarzy. Ona, jak zwykle, w pięknej, szeleszczącej przy każdym ruchu sukni barwy błękitu nieba. Wolną dłonią elegancko unosiła spódnicę, by materiał jej nie wadził, kiedy młoda magini w pośpiechu dreptała na wysokich obcasikach ku ścieżce prowadzącej z powrotem do zamku.
- Nie mam zamiaru zostać w tym miejscu ani chwili dłużej, słyszysz?! - bezczelnie wykrzyczała mu w twarz, gdy zacisnął dłoń na jej ramieniu. - Jutro wyjeżdżam! Mam dosyć! - Z każdym kolejnym słowem, jej twarz nabierała coraz to mocniejszych odcieni czerwieni. Zarumieniona wyglądała jeszcze piękniej, niż zwykle. Na jej długich czarnych rzęsach zalśniły wielkie perliste łzy.
Co mówił dyrektor, tego nie usłyszeli, jednak jego słowa musiały wytrącić kobietę z resztek zachowanej równowagi.
- Nie! Nie! - Wydostała się spod jego uścisku, odsuwając się odeń o kilka zamaszystych kroków. - Nic nie rozumiesz! Tutaj nie jest bezpiecznie! Już nigdzie nie jest bezpiecznie! Nie obronisz tych dzieciaków! On dysponuje mocami, o jakich tobie się nawet nie śniło! - W jej oczach płonęła prawdziwa wściekłość. Cała jej postawa, głos, grymasy, cała w tym wszystkim przypominała nieco rozdrażnioną wilczycę. Mugole z wioski mijali ich, przechodzili obok, snując się niby zjawy, obmierzłe duchy. Pomimo krzyków kobiety, nikt nie zwrócił na nich uwagi. Najwyraźniej nikt ich nawet nie zauważył.
Chłopcy prędko, jak jeden mąż, przenieśli wzrok na płytę pamiątkową Sashy, dokładnie badając spojrzeniem wszelakie wgłębienia w kamieniu. Wężyk, tworzący S zdawał się być bardziej niechlujny, niż reszta liter, natomiast ostatnie A miało niedociągniętą do końca poziomą kreseczkę. Wpatrywali się w wyrzeźbiony napis z narastającym napięciem. Żaden z nich nie odważył się odwrócić, by spojrzeć raz jeszcze na dwójkę nauczycieli, żaden z nich nie odważył się zakłócić otaczającej ich ciszy przetykanej wyłącznie krzykami Naretevej. Wszakże mogliby przestać słyszeć. Victor usiłował przełknąć ślinę, która stanęła mu w gardle.
- Ty idioto, nie rozumiesz! - Usłyszeli. - Odmawiam dalszej współpracy, mam tego dosyć! A jeśli tobie zostało w głowie choć trochę oleju, pójdziesz w moje ślady! Ach! - syknęła. - Zostaw mnie!
Kątem oka Victor zauważył, jak Antonin drgnął. Nie powiedział jednak nic.
- Co? - W jej głosie zadrżało najszczersze oburzenie. - Nie żartuj! Namieszali jej w głowie! Nie znam tych zaklęć, są potężniejsze od moich! Gennadiyu, Arinie się pogarsza z nocy na noc! Ktoś sabotuje moją terapię!
Antonin znowu drgnął, jest usta rozchyliły się w niezrozumiałym grymasie. Serce Victora zabiło mocniej, poczuł, jak oblewa go zimny pot strachu. Tak bardzo żałował, że nie słyszał głosu dyrektora. Tak bardzo.
Zerwał się silny wiatr, pociągając za sobą pojedyncze krople deszczu. Niebo zachodziło coraz to ciemniejszymi chmurami.

Ostatnie tygodnie przed egzaminami, choć właściwie pozbawione zmartwień, dłużyły się Victorowi w nieskończoność. Przypadkowe spojrzenia Ariny, które wyłapywał - a które, przecież to wiedział, były wyłącznie nędznym wytworem jego imaginacji - wpędzały go w prawdziwy obłęd. Aurorzy z Europy już nigdy więcej nie pokazali się w szkole, toteż - najprawdopodobniej - nie udało im się wydobyć z dziewczyny żadnych wspomnień. Biorąc pod uwagę podsłuchaną rozmowę, mogli łatwo wysnuć wnioski, jakoby Arina miała nie dojść do siebie już nigdy. Raczej nie pojawiała się na zajęciach, ustalono dla niej indywidualne lekcje. Częściej spotykali ją na zewnątrz, gdzie w terapii miało jej pomóc świeże górskie powietrze. Była trochę blada, trochę słaba. Nawet mniej piękna, niż wcześniej.
Bo równie piękną przez cały ten czas potrafiła być wyłącznie Nadia. Victor wciąż mijał ją na korytarzach, a jego wzrok wciąż i wciąż wodził za nią w niekontrolowanych przez chłopca ruchach, wciąż rozpaczliwie usiłował uchwycić choć drobny skrawek jej urody. Skrawek, który miałby zostać w jego pamięci po wsze czasy, w końcu, kiedy skończy szkołę, raczej nie będzie mieszkał w Petersburgu, więc pewnie nigdy więcej nie zobaczy już ślicznej Nadii.
Jakiś czas temu obiło mu się o uszy, że lwią część mugolaków, których pozbyto się z Durmstrangu, przyjęto w Hogwarcie, ostatnim rocznikom pozwolono tam nawet podejść do końcowych egzaminów. W trybie przyśpieszonym, oczywiście, nauka na Zachodzie trwała o rok krócej i większość niedoszłych absolwentów szkoły Victora była już gotowa, by podejść do owutemów. Nieważne. Dla Victora liczyło się tylko jedno: Sorkin znajdował się aktualnie naprawdę daleko od nich i więcej nie mógł być już przeszkodą. Pomimo, że panicz Chikachev właściwie z własnej woli zrezygnował z wyścigu o uczucia dziewczyny.
Kararovich musiał dojść z Naretevą do porozumienia, gdyż została w zamku. Opuściła Durmstrang - łamiąc serce Antonina - dopiero trzy dni przed egzaminami kończącymi ostatni rok nauki, kiedy znaleziono jej już zastępstwo. Młodego, nieco chuderlawego czarodzieja o drżących dłoniach i cichym głosie. Chłopcy nie zdążyli go poznać, mieli z nim styczność wyłącznie na samym egzaminie. Wcześniejsze dnie spędzali głównie na zabawie, musieli odpocząć od nauki, obowiązków, zajęć. A w noc tuż przed pierwszym egzaminem - tym z run - nawet najpilniejszy z nich, Igor, potrzebował chwili wytchnienia.
- Pokaż mu, Igor! Stary, postawiłem na ciebie dziesięć sykli, nie zawal tego! - Antonin zaciskał pięści, obserwując, jak miniaturka majestatycznego Długoróga Rumuńskiego unika zajadłych ataków temperamentnego, lecz dużo mniejszego Żmijozęba Peruwiańskiego. Większy, zielony, uderzył skrzydłami, odpychając powietrze, by wytrącić w ten sposób z równowagi oponenta. Adrian i Yoshi rzucili lękliwe spojrzenia na stosik srebrnych monet leżący nieopodal. Oni postawili na Victora, nawet Antonin nie wątpił, że to on wygra, Igor za dużo czasu poświęcał na naukę, a za mało na mniej ambitne rozrywki. Nie mógłby jednak zostawić przyjaciela bez dopingu, w końcu z tej zabawy mieli czerpać przyjemność wszyscy.
- Padł, już po was! - krzyknął ucieszony, sięgając po stosik. - Dobij go, Igor!
Adrian złapał jego rękę w przegubie, gdy Żmijoząb zdołał umknąć przed ostatecznym uderzeniem złotych rogów szmaragdowej bestii.
- Nie tak szybko! - zawołał, podążając wzrokiem za dłonią Victora. Chłopiec machnął różdżką, a jego smocza miniaturka wzbiła się w powietrze i nadzwyczaj szybko zatrzasnęła szczękę na szyi Długoróga. Oponent zawył boleśnie, chwiejąc się na grubych łapach, kiedy mniejszy gad, niczym perliczka w potrzasku, trzepotał skrzydełkami. Smok Igora jeszcze się opierał, jeszcze się motał, wywijał pyskiem na prawo i lewo, ale to był już koniec. Po długiej, zapalczywej walce padł na ziemię, rozcapierzając cztery grube łapy. Żmijoząb zwolnił uścisk, tryumfalnie siadając na grzbiecie przeciwnika i dumnie wypinając maleńką pierś. Chwilę później - pod wpływem kolejnego zaklęcia - skamieniał, znów stając się zwykłą malowaną figurką zdobiącą mebel.
Uradowany Yoshi rzucił się na szyję Victora; chłopiec poczuł od niego mocny zapach alkoholu. Chwilę później usłyszał, jak Adrian bierze do ręki stosik monet, by je sprawiedliwie podzielić, a kątem oka zauważył uśmiech Igora. Karkarov bawił się z nimi chyba tylko po to, aby sprawić przyjemność przyjaciołom, nie sobie.
- Zawaliłeś! - Antonin przyjacielsko klepnął go w ramię. - Ale wybaczamy, a wy... - Skinął głową na Adriana i Yoshiego. - Nie cieszcie się za długo wygraną, jeszcze to sobie odbiję. Idę o zakład, że Victor nie zaliczy egzaminów, co wy na to?
- Ejże! - Chikachev zaraz zaprotestował, ciskając w przyjaciela szkarłatną poduszką. Pozostała trójka ryknęła śmiechem. Antoninowi nic się nie stało, zdążył uchylić się w porę, a jasiek uderzył w szybę. Kilku pierwszorocznych, którzy odrabiali jeszcze lekcje, spojrzało na nich z trwogą w niewinnych oczach, lecz nie ośmielili się powiedzieć nic. Przechodzący właśnie starszy, Ivan, zasłonił zaatakowane przezeń okno złotymi kotarami, biorąc poduszkę pod pachę.
- Dolohov, Chikachev - rzucił od niechcenia. - Uspokójcie się na chwilę, błagam! Właśnie wracam z zebrania, egzaminy zaczynają się jutro z samego rana, od siódmej. - Zbliżywszy się, ułożył poduszkę z powrotem na jednym z foteli, którymś pustym. - Następny o dwunastej, reszta przez następne dni. Nie macie zamiaru odpocząć?
- Nie - stwierdził Antonin ze stanowczością w głosie. - Daj żyć, człowieku, to ostatni taki dzień!
- Albo przyłącz się do nas... - Roześmiał się Adrian, popychając go na pusty fotel.
Victor parsknął i, nie przejmując się obecnością ani Ivana, ani kogokolwiek innego, wyciągnął spod stołu butelkę Smoczej Wódki. Przytrzymując ją kolanami, zaczął siłować się z zakrętką.
- Tylko się nie połam - rzucił przez śmiech Igor. Ivan, ku rozpaczy innych zgromadzonych w pokoju wspólnym, dłużej się nie bronił. Co więcej, wyglądał, jakby się pogodził ze swoim nowym położeniem. Siedział prosto, sztywno, widać było, że czuł się dużo mniej swobodnie, niźli pozostała piątka. Nie śmiał się z głupich żartów, nie klął w głos na nauczycieli, nie straszył swoją osobą młodszych uczniów, ani nie komentował wyglądu dziewcząt z innych domów. Właściwie, w ogóle mało się odzywał. Ale za to po raz pierwszy w życiu poczuł się lubiany.
- A kto z nami nie wypije, ten jak sklątka zgnije... ! - Butelka Smoczej Wódki wędrowała z rąk do rąk, a ich śmiech wypełnił całą komnatę i rozlegał się w niej jeszcze do późnej nocy. Kilku pierwszorocznych nieśmiało próbowało poprosić, by się uciszyli, ale ich postulaty nie odnosiły żadnych skutków. A jeden nawet, grubasek o bujnych, brązowych lokach, dostał w głowę od namiętnie gestykulującego rękoma Antonina, przy okazji, kiedy ten przedstawiał pozostałym swoją teorię na ewolucję wszechświata. Tak, są sytuacje, w których ludzie, i nie tylko, stają się bardzo kreatywni...

Następnego ranka, siedząc w jednej z ostatnich ław, młody panicz Chikachev wpatrywał się to w swój pergamin, to w runy wypisane na tablicy, mrużąc oczy, próbując odczytać znaki. Jego przekrwione oczy nie potrafiły doliczyć się kreseczek nad niektórymi znakami, nie do końca odróżniał też fehu od ansuz. [1] Kiedy zrezygnowany odłożył gęsie pióro, a dłonią odgarnął z oczu czarną grzywę, obrzucił beznamiętnym spojrzeniem innych zdających. Antonin siedział przy przeciwległej ścianie, w tym samym rzędzie. Wspierał się łokciem, a po jego niewyraźnej minie, Victor prędko się zorientował, że ten nie czuje się wiele lepiej.
Parsknął, po czym pochylił się z powrotem nad swoim pergaminem.

* * *

- A ty? Jak ty z tym wszystkim zacząłeś, Caine? - Victor rozcierał ramię, które otarł, kiedy wtrącono go do tej ciemnej klitki. Opierając się o jedną ze ścian, przez chłodny mur słyszał szum przepływającej obok wody. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się już do mroku, dostrzegł uwięzionego tu z nimi spasionego szczura. Sięgnął do kieszeni, spodni skąd wygrzebał parę starych okruchów i, przy wtórze brzdęku kajdan, rzucił je gryzoniowi.
- To twój kolega spod celi? Nie jest zbyt rozmowny, zupełnie jak ty. - Obrócił się w stronę współwięźnia. Caine został przybity do ściany takimi samymi kajdanami, jakimi potraktowano Victora. Jednymi u stóp, przy samej podłodze, a drugimi u rąk, tuż przy suficie, rozciągając w ten sposób jego ciało na całą wysokość komnatki. Nie mógł się poruszyć, nawet po to, aby odgonić tego szczura. Pewnie czasem podgryzał mu stopy. Jego głowę owinięto białą bawełnianą szmatą, Victor nie wiedział dlaczego. I był niemalże pewien, że wolałby wciąż tego nie wiedzieć. Prześwitywały przez nią ciemne przebarwienia, a w powietrzu unosił się zapach krwi.
Bestie. Potwory. Skur...
- Boję się, Caine - szepnął drżącym głosem. - Boję się cholernie.

* * *

- Zdane!! - Victor nie zdołał umknąć, gdy Antonin wybił się w powietrze, lądując na plecach przyjaciela. Oplótł jego tors nogami, ręce splatając na szyi. Kilkoro młodszych uczniów obeszło ich szerokim łukiem, nie chcąc oberwać ciężkim kajetem, który wypadł Dolohovowi z rąk. Wytrącony z równowagi Victor zachwiał się na nogach i w chwilę później - jak długi - wraz z Antoninem legł na kamiennej posadzce, przy akompaniamencie śmiechów zarówno własnych, jak i zgromadzonych w okół. Ostatni egzamin, ten z czarnej magii, mimo oczekiwań wcale nie był trudny. A w każdym razie nie trudniejszy, niż się spodziewano. Pytania dało się przewidzieć, chłopcy nie mieli z nimi nawet najmniejszych problemów i celowali w wyższe - jeśli nie najwyższe - stopnie.
Igor, który właśnie zsunął się z ławki, by podać leżącemu na Victorze Antoninowi dłoń i pomóc mu wstać, oddał swoją pracę jako pierwszy. Teraz siedział tu, na korytarzu, równie radosny, co jego przyjaciele, gdy wtem ich beztroski śmiech został brutalnie przerwany przez mrożący krew w żyłach pisk przypominający skamlenie żywcem obdzieranego ze skóry kundla.
- Buntują się - Victor usłyszał głos Igora. Z pomocą Antonina wstał na nogi.
- Skrzaty? - Dolohov roześmiał się na głos. - Chyba żartujesz, one nie mogą - dodał, łypiąc okiem na przyjaciela. - Są związane ze swoim właścicielem. Na zawsze. Każdy to wie.
Karkarov ze zrezygnowaniem pokręcił głową.
- Z właścicielem - przytaknął. - Ale kto tak właściwie jest ich panem? Mieszkają w szkole od wieków. Ich właścicielem jest ten budynek, Tony.
Rozmasowując zdarty łokieć, Chikachev parsknął.
- Starczy je zwolnić, przyjdą inne - rzucił, powoli kierując już swoje kroki w stronę Wilczych Nor. Obejrzał się przez ramię. - Starczy skrawek ubrania, aby zniszczyć skrzata. Żaden nigdy się nie pozbiera po takiej tragedii, jak wyrzucenie z pracy.
- Ale czyjego ubrania? - Uśmiechnął się Igor, kiedy zdołał się już zrównać z Victorem.

Trzymała lewą dłoń na fortepianie, a prawą - zaciśniętą w piąstkę - tuż przy piersi, wydając z siebie arcydoskonałe wręcz dźwięki. Biała suknia powiewała lekko, niesiona zaklętym w pomieszczeniu wiatrem. Czarodziej sunący dłońmi po klawiszach instrumentu miał kamienną twarz i grobową minę, podczas gdy siedząca obok wiolonczelistka z przepełnioną namiętnością artystyczną pasją pociągała za smyczek.
- Panowie, jesteście tu po raz pierwszy - z powagą na twarzy mówił Antonin, tarmosząc swój kremowy żabot. - Więc po prostu się nie odzywajcie i róbcie to, co ja - kontynuował, obdarzając siedzących po swoich obu bokach przyjaciół. Usta Victora - który, siedząc po jego prawicy, już od dłuższego czasu obserwował Dolohova - wygięły się w złośliwym uśmiechu.
- A ty wiesz, pierwszy raz jesteś tutaj bez dziewczyny - zauważył, wracając wzrokiem na podium pośrodku sali. Kultura tak zwana wyższa niemożliwie go nudziła. Właściwie wszystko go tutaj nudziło. Bal absolwentów, wymuskane fryzury, wymyślne stroje i rozpoczynający uroczystość drętwy jak osika koncert. Ostatnie godziny w zamku, zaraz wakacje, a on wciąż musiał przechodzić przez te męki.
- Zrezygnowałem z partnerki na rzecz waszego towarzystwa - mruknął obruszony. - Sami kompletnie nie potraficie się zachować w towarzystwie.
W odpowiedzi rozległy się chichoty siedzących nieopodal. Antonin był na podobnym balu dwa lata temu, rok temu, za każdym razem jako osoba towarzysząca, naturalnie. Właściwie, nie mówił nieprawdy, zrezygnował z poszukiwania dziewczyny z powodu Igora. Igora, który jeszcze niedawno był pewien, iż pójdzie na tę uroczystość z Ariną. Gdy jego myśl dobiegły do sylwetki dziewczyny, odruchowo obejrzał się za siebie - w samym kącie komnaty, na zniszczonym rdzą wózku inwalidzkim, siedziała młodsza z sióstr Marininovych, wsłuchując się w śliczną muzykę. Miała na sobie piękną suknię w odcieniach burgundy, na jej szyi lśnił srebrny medalion. Szklanym, przepełnionym trwogą wzrokiem wpatrywała się w jedno ze strzelistych okien. Padał deszcz, trochę się błyskało. Jak to zwykle o tej porze roku. Pewnie nie miał z nią kto zostać, dlatego ją przyprowadzono. Wszyscy nauczyciele, pomocnicy, całość zespołu znajdowała się przecież właśnie tutaj, na balu absolwentów.
Victor westchnął, sięgając dłonią ku kielichowi z wytrawnym, czerwonym winem. Nie znosił czerwonego wina.
- Kiedy to się skończy... - mruknął pod nosem, wodząc spojrzeniem po sali. Zgromadzeni siedzieli przy niewielkich stolikach, po pięciu przy każdym, prawie każdym, bowiem przy stoliku wydzielonym dla dawnego domu Kozicy, siedziały tylko dwie dziewczęta. W tym ona. Wyglądała jak szara mysz.
Victor podziwiał te wszystkie zabezpieczenia, które poczyniono, aby ustrzec się przed skrzatami. Z dnia na dzień robiły się coraz bardziej uciążliwe.
Pierwszy zakończył pianista. Uderzył dłońmi o klawiaturę, zastygając bez ruchu. Następnie wiolonczelistka szarpnęła smyczkiem, posyłając w powietrze ostatnie rozedrgane nuty. Głos śpiewaczki przez krótki czas rozchodził się a cappella, aż w końcu ucichł, a troje muzyków zniknęło we mgle, która w jednej chwili uniosła się w okół nich.
- Efekty specjalne jak na Gwiezdnych Wojnach - mruknął znudzony Antonin, wywołując kolejne śmiechy.
- Jestem głodny - poskarżył się Victor, korzystając z chwilowego zamieszania. Nie zwróciwszy uwagi na towarzyskie konwenanse, wsparł się na łokciu. - Dajcie mi wreszcie coś do jedzenia i wypuście stąd, chcę wreszcie mieć wakacje!
- Jeszcze się do końca nie spakowałem - Dolohov stuknął palcem w nóżkę swojego pustego kielicha. - Dostałeś w końcu tę wiadomość od Mishy?
Chikachev powoli skinął głową.
- Tak, dostałem - powiedział, nie podnosząc głowy. - Zaprasza nas do siebie. - Kątem oka zauważył, jak Antonin odwraca się do Igora. Wolał o tym po prostu nie myśleć, o tym zaproszeniu. Bo każdy z nich wiedział, że było to zaproszenie, któremu nie mogli odmówić. Chociaż... Czy naprawdę nie mogli? Czy może raczej po prostu nie chcieli? Victor pragnął odrzucić tę myśl jak najdalej, pozbyć się jej. Jak najprędzej.
Umilkli, gdy przy mównicy pojawił się profesor Dratshev, opiekun domu, który odniósł najlepsze wyniki. Rozległ się szum odsuwanych krzeseł, wszyscy wznieśli się w górę. Wszyscy prócz dyrektora, który wciąż tkwił w swym miękkim fotelu, podpierając podbródek na splecionych dłoniach. Zasłuchany? Nie, raczej zamyślony.
I w trakcie, gdy nauczyciel czarnej magii wygłaszał przemówienie, do komnaty wdarł się porywisty wiatr, a w okół rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Wysokie okno, mieszące się w murze tuż obok stolika Wilków, otworzyło się z łoskotem, rozbijając ustawione nań naczynia. Kielich Victora pękł, brudząc białe, koronkowe zwieńczenie rękawów jego odświętnej szaty, parę czerwonych kropel rozbryznęło również na jego skromny żabot. Na umiejscowionej wysoko klamce tkwiła kurczowo zaciśnięta łapka domowego skrzata, malec rozkosznie dyndał to w jedną, to w drugą stronę, bojąc się zeskoczyć. A przez otwarte okno do wnętrza zamku wleciał misterny orzeł, duch, obsypując zgromadzonych błyszczącym srebrzystym pyłem. Z dumą potężnie trzepotał wielkimi skrzydłami, wywołując istny wicher. Wzlatywał wysoko, pod samo sklepienie. Jego pióra opadały na twardą posadzkę, kiedy uderzył w żyrandol. Uczniowie zamarli, szeroko otwartymi oczyma podążając za pięknym ptakiem, symbolem dumy, królewskości, za jednym z najstarszych symboli Durmstrangu, za symbolem mądrości, godności i szlachectwa. Tradycji.
- Gennadiyu! - Victor odwrócił się, słysząc krzyk któregoś z nauczycieli siedzących bliżej Kararovicha. Jego głowa opadła niżej, kryjąc oczy za białymi jak kreda dłońmi, które w ledwie chwilę później osunęły na jego kolana. Ciało czarodzieja bezwładnie opadło na oparcie siedziska, ale nikt nie ważył się zbliżyć, aby mu pomóc. Nikt się nie poruszył. Nikt nie zrobił nic.
Usta Victora rozwarły się lekko w osłupieniu, kiedy stojący u prawicy dyrektora satyr uchwycił jego dłoń, by następnie - po zbadaniu pulsu - donośnym, grobowym głosem obwieścić wszystkim zebranym:
- Trup.

[1] z: Futhrak, alfabet runiczny z ok. VII w.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Komentarze (22). Dodaj.




Ishie + Klaryś = shablon. Jak zawsze!